Chyba każdy, kto przez chwilę oglądał zeznania Marka Zuckerberga, twórcy Facebooka, przed amerykańską komisją senacką zobaczył jak amerykańscy politycy niewiele rozumieją z tego jak działają media społecznościowe i jak mało wiedzą na temat zagrożeń, na jakie narażeni są konsumenci tego medium.
A Facebook to dopiero początek wielkiej technologicznej rewolucji, która na razie odbywa się głównie w sieci. Ale już niedługo, wraz z rozwojem algorytmów sztucznej inteligencji i internetu rzeczy, ta rewolucja może wylać się na ulice naszych miast. Pytanie jakie sobie powinniśmy sobie zadać, to czy rządy, oprócz wspierania firm technologicznych w imię postępu (skądinąd słusznego) na bieżąco monitorują to nad czym one pracują? I czy wiedzą jak chronić obywateli przed potencjalnie negatywnymi skutkami działań niektórych technologii?
Dziś nasze dane gromadzone są praktycznie w każdym momencie, od przechodzenia przez bramki bezpieczeństwa na lotnisku, po sytuacje, w których uprawiamy jogging czy jeździmy na rowerze. Facebook i Google przede wszystkim nastawione są na kolekcjonowanie danych na temat nawyków konsumenckich i interesują się danymi odnośnie naszej lokalizacji i sposobów w jaki poruszamy się po mieście. Niektóre z tych danych mogą być wykorzystywane dla celów bezpieczeństwa, inne mają wartość głownie dla reklamodawców, szczególnie w sytuacji gdy samochody powoli stają się centrami rozrywki. Ale tu nie chodzi tylko o kwestie prywatności związane z naszą lokalizacją, ale o luki w zabezpieczeniach dające pole do popisu dla hakerów. A uzyskując dostęp do samochodów, hakerzy mogą zrobić z samochodami wiele, nawet zatrzymując je w czasie jazdy. Dwa lat temu naukowcom udało się odblokować Jeepa Cherokee, kręcić jego kierownicą i wreszcie zahamować, gdy był w ruchu na autostradzie. Ta demonstracja pokazała, że historie znane do tej pory z filmów sensacyjnych, gdy ktoś próbuje uszkodzić samochód w celu „zgładzenia” kierującego pojazdem, łatwo mogą stać się realnością.
Oczywiście producenci zapewniają, że coraz bardziej złożone oprogramowanie w samochodach sprawi, że złamanie zabezpieczeń stanie się dużo trudniejsze. I oczywiście firmy są zainteresowane oferowaniem swoim klientom bezpieczeństwa, ale z drugiej strony kierują się przede wszystkim rachunkiem zysków i trudno sobie wyobrazić by same siebie ograniczały. Zresztą łatwo się o tym przekonać patrząc na statystyki wypadków śmiertelnych w USA, które od lat 70’ spadły o połowę. I w niewielkim jest to zasługa koncernów samochodowych, to stało się możliwe, bo władze zmusiły ich wprowadzenia bardziej rygorystycznych testów zderzeniowych, instalowania trzypunktowych pasów bezpieczeństwa, poduszek powietrznych czy hamulców wyposażonych w ABS. Do tego doszły ograniczenia związane z prędkością. To, że firmy nie lubią się samo ograniczać świetnie pokazała afera związana z emisjami CO2 i zatruwania środowiska przez samochody z silnikami diesla. Mimo, że państwo narzucało im ograniczenia, to i tak na przykład Volkswagen próbował je obchodzić fałszując statystyki.
Obecnie producenci samochodów autonomicznych testują je w sytuacji braku w zasadzie jakichkolwiek przepisów. To samo zaraz będzie dotyczyć budowanych inteligentnych miast, które mają być jedną wielką inteligentna siecią internetową czy wykorzystywania dornów do przenoszenia przesyłek. Korzyści płynące z postępu technologicznego są oczywiste. Oszczędzają nasz czas, zwiększają nasze możliwości, wprowadzają udogodnienia. Ale w czasach gdy niektóre firmy mają więcej „obywateli” niż jakakolwiek państwo, trzeba ich klientów chronić również przed efektami wynikającymi z postępu.
Comments are closed.