Wymiana starych sodowych lamp na te LED-owe miała zmienić obraz naszych miast. Świecenie miało być inteligentniejsze, bardziej w punkt i mniej rozproszone. A jednak niski koszt tego źródła światła spowodowało, że miasta zaczęły sobie folgować z lampami i jak dowodzą naukowcy z poczdamskiego GFZ oraz Leibniz Institute w Berlinie ziemia świecie jeszcze mocniej niż przed epoką LED.
Cały problem tkwi w tym, że nowe efektywne źródło światła nigdy nie było na poważnie brane jako sposób na zwalczanie tzw. fotosmogu czyli zaśmiecenia światłem, które dotyka nasze metropolie. Od początku prymat miały tu oszczędności na energii, czego wyraz dał paryski szczyt klimatyczny w 2015 ogłaszając tzw. Global Lighting Challenge. Na tej fali powstały krajowe praogarmy jak Rise and Shine: Lighting the World with 10 Billion LED Bulbs ogłoszony przez amerykański departament energii. A jak przekonują niemieccy naukowcy samorządowcy mają tendencję do utrzymywania stałego budżetu na światło, który utrzymuje się na poziomie 0,7 proc. PKB. No więc jeśli rachunki za pojedyncze źródła światła spadły, to możemy sobie pozwolić na dostawienie kolejnych.

Jak to wygląda w praktyce badacze z GFZ oraz Leibniz Institute analizowali porównując jak się zmieniło oświetlenie na ziemi pomiędzy 2012 a 2016 rokiem. Wyszło, że średnioroczny wzrost zaświecenia wyniósł 2,2 proc. zarówno jeśli chodzi o wielkość oświetlonej powierzchni jak i jasności oświetlanych obszarów. Ja widać na mapie powyżej największe wzrosty mieliśmy w Afryce i Azji, ale dotyczy to także Europy. Tylko w Holandii, Hiszpanii, Serbii, Włoszech i Wielkiej Brytanii utrzymuje się stabilny poziom zaświecenia (kolor żółty). W tej grupie są też Stany Zjednoczone. Niemieccy naukowcy tłumaczą to faktem, że kraje te już wcześniej osiągnęły bardzo wysoki poziom zaśmiecenia światłem i dalsze wzrosty są trudne do osiągnięcia.
Comments are closed.