Monokulturowe miasta idą do naprawy

  • Data: 9 września 2015 ·
  • Autor: ·
Monokulturowe miasta idą do naprawy
Share

Edge City – tak Amerykanie nazywają monokulturowe miasteczka i osiedla przeznaczone do pełnienia prostej funkcji: centrum biurowego lub handlowego. Od dwóch dekad poznajemy je także w Polsce. Klasyczny przykład to podwarszawskie Janki zbudowane przez szwedzką IKEA. W stolicy w podobny sposób rozwija się też Służewiec Przemysłowy, pieszczotliwie nazywany Mordorem.
Z punktu widzenia urbanistyki, to dysfunkcyjny wykwit który rozrasta się bez kontroli i rodzi kolejne problemy (głównie komunikacyjne). Metropolie wokół których tworzone są Edge City muszą się wreszcie wziąć na poważnie za uporządkowanie i uzdrowienie wyhodowanych pod bokiem dziwolągów. Taki właśnie eksperyment Amerykanie prowadzą w Tysons pod Waszyngtonem.

Do połowy XX wieku była to zwykła krzyżówka lokalnych dróg, gdzie stało ledwie kilka sklepów. Wszystko zmieniło się w 1963 roku, kiedy korzystając z bliskości odległej o 13 mil stolicy USA postanowiono zbudować tu centrum handlowe. Otwarte pięć lat później Tysons Corner Center o powierzchni 356 tys. m kw. zyskało miano największej na świecie galerii handlowej (dla porównania łódzka Manufaktura, największy w Polsce mall ma 110 tys. m kw.). Dalej poszło z górki. Wyrosło tu całe miasteczko biurowe i drugie, konkurencyjne centrum handlowe Tysons Gallery. Wszystko w niewielkim miasteczku liczącym 19 tys. ludzi. Tysons wyrósł na symbol amerykańskich Edge City – miast widmo wyposażonych w szerokie arterie, bo samochody to jedyny sposób przemieszczania się na miejscu i z powrotem do domu.
W 2008 władze Hrabstwa Fairfax, gdzie leży miasteczko doszły do przekonania, że konieczna jest urbanizacja Tysons. Radni uchwalili 40 letni plan rozwoju (do roku 2050), gdzie same koszty inwestycji w infrastrukturę sięgną niemal 8 mld dolarów. Podstawą jest zmiana modelu transportowego. Stąd projekt przedłużenia Silver Line, waszyngtońskiej linii metra – w ub.r. w Tysons dobudowano aż cztery stacje. To wokół nich miasto rozwija całe, nowe sieci ulic, a deweloperzy tworzą kolejne osiedla: w pobliżu Tysons Corner Station powstaje kompleks mieszkaniowo z dodatkowymi biurami o łącznej powierzchni 762 tys. m kw., a koło pierwszej od strony Waszyngtonu stacji McLean budowany jest Scotts Run South, kompleks sześciu budynków mieszczących zarówno mieszkania, biura jak i hotel, które w sumie dysponują powierzchnią 2 mln m kw. – dla porównania jedno z warszawskich osiedli Stegny dysponuje mieszkaniami o powierzchni 368 tys. m kw.

(Tyson: biurowo-handlowa pustynia – przez środek przeciągnięto linię metra Silver Line)

Rok po uruchomieniu stacji efekty nie są jeszcze takie jak się spodziewano – plan zakładał, że dziennie Silver Line będzie jeździć 25 tys. osób, a obecnie jest ich 17 tys. Problemem jest jednak nierównomierny rozwój infrastruktury. Władze postawiły na wielki projekt kolejowy, ale okazuje się, że w odległości kilkuset metrów od stacji kończą się chodniki, którymi można by dojść do biura czy centrum handlowego (o ścieżkach rowerowych nie wspominając). Tysons przeżywa więc typowe zaburzenia wieku dziecięcego. Nie wszystko jeszcze dobrze ze sobą współgra. Niemniej infrastruktura dla pieszych i rowerzystów wciąż się rozwija, a ilość jeżdżących po miasteczku samochodów wyraźnie spadła i plan zmniejszenia ruchu kołowego o 45 proc. do końca dekady wciąż jest do zrealizowania.
Rzecz jasna po całym przeobrażeniu Tysons nie wyrośnie na kameralną mieścinę, gdzie aż przyjemnie mieszkać. Idzie raczej o to, aby z podmiejskiego nowotworu zrobić w miarę zrównoważone przedmieścia. Samowystarczalną przestrzeń miejską, gdzie ludzie na miejscu mogą mieszkać, pracować i spędzać czas wolny. Model, który powinno się wdrażać także w polskich edge city (z zachowaniem wszelkich proporcji rzecz jasna).