Ludzie nie chcą poświęcać na dojazd do pracy więcej niż 30 minut

  • Data: 17 października 2019 ·
  • Autor: ·
Ludzie nie chcą poświęcać na dojazd do pracy więcej niż 30 minut
Share

Choć mieszkańcy współczesnych metropolii różnią się pod wieloma względami od mieszkańców starożytnego Rzymu, nadal tyle samo czasu mniej więcej zajmuje im dotarcie z domu do pracy. W 1994 r. włoski fizyk, Cesare Marchetti, sformułował zasadę, nazwaną następnie jego imieniem: w każdych czasach ludzie skłonni są poświęcać tyle samo czasu na codzienny dojazd do pracy i jest ok. pół godziny. Mimo dużych indywidualnych różnic, również obecnie średni czas dojazdu do pracy w amerykańskich miastach wynosi 26 minut.

O tym, które grunty zostaną wchłonięte przez miasto decydują więc możliwości dostępu do jego centrum. Oczywiście możliwości te zmieniają się wraz pojawianiem nowych technologii. To tempo, w jakim możemy się poruszać, decyduje o skali i strukturze miast.

Do czasów rewolucji przemysłowej, gdy ludzie poruszali się głównie na piechotę, miasta rozciągały się w promieniu niecałych 2 km od ścisłego centrum. W starożytnym Rzymie ok. miliona osób gnieździło się na terenie o średnicy nieco ponad 3 km. Również średniowieczny Paryż rozciągał się na podobnym dystansie między Bastylią a Luwrem. Wiedeńska starówka Innere Stadt mierzy sobie ok. 1,5 km średnicy, a historyczne City of London nie bez przyczyny nazywane jest „milą kwadratową”. Mury Pekinu otaczały teren o średnicy ok. 5 km. Choć życie w zatłoczonym, brudnym, hałaśliwym mieście bywało udręką, tylko nieliczni – ci którzy nie musieli regularnie docierać do pracy – mogli pozwolić sobie na zamieszkanie w przyjemniejszej okolicy.

Upowszechnienie się powozów konnych niewiele w tej kwestii zmieniło – tempo poruszania się po ciasnych uliczkach nie wzrosło. Przełom nastąpił, gdy w 1830 r. otwarto pierwszą, napędzaną parą linię kolejową między Manchesterem i Liverpoolem. Wkrótce koleje zaczęły obsługiwać również ludzi dojeżdżających do pracy – połączenie między Londynem i Greenwich otwarto już w 1836 r. Pociąg pozwalał na pokonanie w ciągu pól godziny prawie 20 km. Wkrótce wokół brytyjskich miast pojawił się wianuszek przedmieść, zamieszkałych z reguły przez dość zamożnych ludzi, ponieważ koszty transportu koleją były niebagatelne. Niektóre z tych miejsc nadal pozostają enklawami bogactwa.

Kolejny punkt zwrotny w rozwoju miasta – zwłaszcza z perspektywy uboższych mieszkańców – to pojawienie się rowerów (1885 r) i tramwajów elektrycznych (1888r). Oba typy pojazdów powalały na pokonanie w ciągu pól godziny ponad 6 km. Mniej niż umożliwiał pociąg, ale za to znacznie taniej. W ciągu kilku lat każde amerykańskie miasto miało choćby najskromniejszą linię tramwajową, a te największe rozbudowywały swoje sieci we wszystkich możliwych kierunkach. Już nie tylko najzamożniejsi , ale również klasa średnia mogła uciec z uciążliwych śródmieści, kolonizując tereny podmiejskie.

W przypadku największego miasta świata Londynu potrzebne było inne rozwiązanie, by umożliwić szybkie przemieszczanie się po zatłoczonych, ulicach o nieregularnych kształtach. W 1863 r. otwarto pierwszą linię metra. Początkowo napędzane parą, podziemne pociągi nie były tak przyjaznym środkiem transportu, jak by się dziś wydawało – spaliny osiadały w dużej mierze na pasażerach. Ten problem udało się jednak obejść dzięki elektryczności. Teraz już nawet przedstawiciele klasy pracującej mogli pozwolić sobie na zamieszkanie w odległości kilkunastu kilometrów od miejsca pracy i nadal docierać do niej w ciągu pół godziny. W miejsce dawnych budynków w środku miasta, pojawiały się firmy.

Wreszcie pojawiły się samochody, co nie od razu przełożyło się jednak na terytorialny rozrost miast. Nawet gdy coraz więcej osób mogło sobie pozwolić na samochód, szybko okazało się, że akurat w zatłoczonym mieście trudno się w ten sposób poruszać. Po drugiej wojnie światowej, pojawiły się dwa alternatywne rozwiązania tego problemu. Z jednej strony zaczęto stawiać wieżowce, które pozwoliły dużej liczbie osób zamieszkiwać na stosunkowo niewielkiej powierzchni gruntu.

Z drugiej – i tą droga poszła Ameryka – uwierzono, że indywidualna mobilność, np. samochodowa umożliwi zastąpienie dużych skupisk ludzkich, mniejszymi. Ludzie mogliby pokonywać dłuższy dystans do pracy, zyskując więcej przestrzeni i przyjemniejsze otoczenie do życia. Logika była prosta: po co się tłoczyć, skoro można dojechać w dowolne miejsce. Zgodnie z tą logiką, wokół miast pojawiły się obwodnice i trasy szybkiego ruchu. Przedmieścia – tradycyjnie skupione w niewielkiej odległości od wokół stacji kolejowych – zaczęły się rozrastać na wszystkie strony. Dzięki samochodom w ciągu poł godziny można było pokonać ponad 30 km. Wkrótce okazało się, że nawet autostrady mają ograniczoną przepustowość.

Co dalej? Największe nadzieje na rozwiązanie problemu dojazdów do pracy wiązane jest z ideą pracy zdalnej. Technologicznie sprawa wydaje się niemal załatwiona. Bariera leży po stronie ludzi, przede wszystkim pracodawców. Innym rozwiązaniem jest zagęszczanie miast. Choć trzeba się liczyć z tym, że przebudowa istniejących już osiedli zawsze będzie bardziej kosztowna niż budowanie na taniej i pustej ziemi rolnej wygląda na to że żadne cudowne środki transportu nie zapewnią nam nowych możliwości poszerzania granic miast.

1 Comments

Comments are closed.