Skip to main content

/Fot: stu smith//
Gdy większość miast dąży do jak najściślejszego odseparowania ścieżek rowerowych od ulicy i szuka sposobów na spowalnianie kierowców przed przejściem dla pieszych, po obu stronach oceanu powstają, idące całkiem pod prąd projekty tzw. Shared Street (ew. Shared Space). Tu zarówno samochody, rowery jak i piesi przemieszczają się po jednej drodze w dodatku bez dużej ilości znaków. Tak jak to kiedyś bywało.

Obecnie najgłośniejszą inicjatywę tego typu prowadzą władze Chicago. Tutaj, cały długi odcinek Argyle Street kosztem 3,5 mln dolarów przerobiono na drogę wspólną dla wszystkich korzystających. Faktycznie rezygnują z drogowych znaków i sygnalizacji świetlnej, za to sama konstrukcja drogi: jej ukształotwanie i nawierzchnia wskazuje, kto gdzie powinien się poruszać – chociaż przymusu w tym nie ma (jest to więc zbieżne z koncepcją nowego urbanizmu prowadzonego w zrównoważonych miastach). Za oceanem podobne ulice wprowadzono już m.in. w Seattle, Waszyngtonie, Buffalo oraz Nowym Jorku. Sama idea przyszła jednak z Europy. Pierwsi byli Holendrzy i Brytyjczycy, a prawdziwy pionier koncpetu shared-street to Hans Monderman.
Holenderski inżynier ruchu swoją krucjatę przeciwko znakom drogowym zaczął 30 lat temu. Co do zasady chciał przywrócić harmonię jaka panowała na drogach jeszcze zanim umasowiono motoryzację i wytyczono chodniki. Nie jest jednak fantastą. Monderman wyszedł z prostego wniosku, że tak liberalna ulica wzmaga czujność jej użytkowników przez co sami stają się ostrożniejsi. “W tradycyjnym schemacie widzisz zielone światło i przechodzisz przez jezdnie, bo ufasz w ten system. Tymczasem wspólna przestrzeń wprowadza niepokój, który zmusza cię do zwracania uwagi na innych.” mówi Pieter de Haan, pszycholog z Hasselt University.

Przede wszystkim kierowcy zwalniają – w pierwszym projekcie Mondermana średnio zaczęli jeździć z 40 proc. niższą prędkością. W angielskim Ashford w ciągu trzech lat od wprowadzenia wspólnej drogi ilość wypadków, w których ktoś by ucierpiał spadła o połowę. Podobne efekty uzyskano w Londynie na Kensington High Street – tutaj spadek wyniósł 43 proc. W Europie dziś prowadzi się setkę podobnych projektów. Ich powodzenie może doprowadzić do upowszechnienia tego modelu ulicy. Wszystko w imię zwiększenia przyjazności miasta, jako przestrzeni w której przyszło nam żyć.